Podróż, po której topnieją lody

Kolejna męska wyprawa – tym razem zanurzyliśmy się w surowej, dzikiej naturze Islandii, by czerpać mądrość z żywiołów – ognia, lodu, wiatru i wody. Uczyliśmy się odpuszczać, odkrywać siłę przepływu, dostrzegać to, co dotąd było w nas zamrożone. Wróciliśmy z nową perspektywą, uważnością i dystansem. Islandia obdarowała nas znakomitymi warunkami do odkrycia w sobie nowych pokładów potencjału i prawdy o męskiej odwadze.

Już po wyjściu z samolotu uderzyło nas czyste, rześkie północne powietrze, którego natychmiast, instynktownie chce się głęboko zaczerpnąć. Orzeźwia ciało, oczyszcza umysł, pomaga zakotwiczyć się w uważnej obecności.

Tym symbolicznym oddechem rozpoczęliśmy męską wyprawę. Sześciu mężczyzn w krainie ognia i lodu. Każdy z nas przywiózł własną historię, każdy oczekiwał czegoś innego, ale łączyło nas jedno – braterskość i chęć dotarcia do tego, co ważne i prawdziwe.

Islandia powitała nas ciszą przerywaną szumem wiatru, chłodem, deszczem i ciemnością. W takich warunkach entuzjazm podróżnika często opada, za to pojawia się miejsce na pokorę i odkrywanie granic własnego komfortu.

 

Trud i determinacja

Nazajutrz ruszyliśmy autobusem poza miasto. Nie chodziło nam o ładne widoki i wakacyjny odpoczynek. Byliśmy gotowi doświadczyć próby, zmierzyć się z własnymi ograniczeniami, skonfrontować się z tym, czego się zawsze baliśmy najbardziej – własną ciemnością.

 

Wędrowaliśmy w stronę Reykjadalur – Doliny Gorącej Rzeki. Wiatr był tak silny, że chwilami ciężko było utrzymać pion, a ulewny deszcz przemoczył nasze wodoodporne ubrania do suchej nitki. Ani na moment nie przyszło nam jednak do głowy, żeby zawrócić.

Wysiłek i trud paradoksalnie wyzwalały z nas nowe siły i determinację. Ziemia w dolinie parowała, jakby oddychała razem z nami. Przejmujący chłód, a pod spodem żar. Wchodząc do gorącej rzeki, łatwiej było nam zrozumieć, że to, co skostniałe i od lat zamrożone, może zacząć znów mięknąć, płynąć i żyć.

 

Mądrość żywiołów

Sobota przyniosła nam całą mozaikę wrażeń budzących kolejne refleksje i przemianę. Przemierzaliśmy trasę Golden Circle – Złoty Krąg. Energia gejzerów wprost ilustrowała ludzkie emocje i siłę. Nie zawsze da się je kontrolować – zdarza się, że wybuchają bez zaproszenia i zgody. Trzeba je wówczas zauważyć, przyjąć, zwrócić uwagę, skąd się wydobywają, by ich energia zaczęła nas budować, zamiast niszczyć.

Gejzer Strokkur, to najaktywniejszy gejzer w Europie! Wybucha średnio co 5-10 minut, na wysokość do około 30-tu metrów

 

 

 

 

Gullfoss – majestatyczny wodospad, przy którym trudno usłyszeć własny oddech. Woda od wieków spada tu z wielkim hukiem. Płynie w kierunku, który wybrała natura, konsekwentnie rzeźbiąc skały i wdzierając się w górską kotlinę. Nie próbuje się zatrzymać – pokazuje, że rozwój nie polega na ciągłym kontrolowaniu nurtu, bo życiodajna energia jest w ciągłym ruchu.

 


Kolejny spektakl natury – Þingvellir. Tutaj dwie płyty tektoniczne spotykają się i oddalają, wciąż na nowo kształtując teren. Ziemia – cicha, ale potężna i niepowstrzymana, dyktuje warunki płynące z jej wnętrza. Zupełnie jak w życiu – emocje, napięcia, pragnienia, sprzeczności stale łączą się i rozdzielają. Tąpnięcia i rozłamy to spotkania z tym, co żywe, poruszone, choć jeszcze nieułożone. Właśnie tak rodzą się rozwój i zmiana.

To był dzień, w którym żywioły wiodły prym. Zainspirowani potęgą natury dużo rozmawialiśmy o sukcesach, porażkach, trudnych wybuchach emocji czy wysiłku, by wreszcie uporządkować własny chaos, znaleźć równowagę i sens.

 

Na Islandii przyroda jest dzika, a jednocześnie doskonale uporządkowana – wszystko ma tu swoje miejsce, wszystko pozostaje w zgodzie z własną naturą, choć wcale nie jest wolne od walki i napięć. Ogień spotyka się z lodem, wiatr ściera się z wodą, chłód ustępuje ciepłu. To najlepszy dowód na to, że równowaga wcale nie rodzi się z braku przeciwności, lecz ze zgody na ich współistnienie.

 

Kojąca cisza

Następny dzień wyprawy przyniósł odpoczynek i nieco wolniejsze tempo. Niektórzy udali się do Blue Lagoon, inni zostali w mieście. Każdy znalazł swój rytm i przestrzeń, by odetchnąć.

W południe wybraliśmy się na małą wyspę Viðey, na którą dotarliśmy promem. Panował tam surowy islandzki klimat. Wiatr niósł zapach oceanu, a pod butami czuć było miękką, mokrą trawę. Wędrowaliśmy od brzegu do brzegu, wiele nie rozmawiając. Delektowaliśmy się ciszą, w której każdy z nas czuł się dobrze, a której tak bardzo brakuje nam w pędzie hałaśliwej codzienności.

[zdjęcie: Viðey / trawy, morze, horyzont]

 

Zorza w nas

Wieczorem spotkaliśmy się wszyscy na kolacji w kameralnej knajpie. Wybraliśmy zupę dnia – ciepłą, gęstą i prostą, gotowaną przez lokalnych kucharzy. Rozgrzewała nas od środka i przyjemnie syciła. Płaciło się raz, a dokładek można było dobierać, ile dusza zapragnie. Na ścianie wisiało zdjęcie kobiety, która zjadła 19 porcji! Śmialiśmy się, że nikt z nas nie zdoła pobić takiego rekordu – ale i tak próbowaliśmy.

Po kolacji postanowiliśmy wyruszyć nad ocean. Dwugodzinny spacer wzdłuż brzegu w ciszy, chłodzie, pod osłoną gwieździstego nieba był jak powolny powrót do siebie. Niestety tej nocy niebo nie zapaliło się zorzą, ale nie czuliśmy rozczarowania. Wystarczył nam sam moment oczekiwania – wymowne milczenie, wiatr muskający twarz, szum fal, który porządkował myśli. Zorza nie rozświetlała się nad nami, lecz w nas – przynosząc spokój, zgodę i poczucie sensu.

 

Południe wyspy – siła i odpuszczenie

Piątego dnia pojechaliśmy na południe Islandii, której sceneria hipnotyzowała dzikim pięknem: wodospady Skógafoss i Seljalandsfoss, czarne plaże Reynisfjara, bazaltowe kolumny i lodowiec Sólheimajökull.

Każde z tych miejsc było zupełnie inne, a jednocześnie potężne i proste w swojej wielkości. To krajobrazy, które onieśmielały, jednocześnie przynosząc poczucie, że człowiek jest częścią czegoś większego, pierwotnego i niepowtarzalnego. W takich warunkach łatwiej odnaleźć dystans, spojrzeć na życie z zupełnie innej perspektywy.

 

Obserwując, jak nieokiełznana woda spada z wysokości, lód trwa niewzruszony, a morze bez końca rozbija się o skały, praktykowaliśmy sztukę odpuszczenia. Gniew, napięcie, ciężar – każdy z nas chciał zrzucić z siebie coś innego, ale wszyscy oczekiwaliśmy jednego – odblokowania siły wewnętrznego przepływu.

A beautiful shot of people standing near the waterfall with a rainbow on the side in Skogafoss Iceland

 

Domknięcie i oddech

Ostatniego dnia, już zupełnie na luzie, spacerowaliśmy po Reykjavíku, robiąc małe zakupy, śmiejąc się i wspominając wrażenia minionych dni. Na koniec postanowiliśmy się zahartować – symbolicznie i dosłownie. Doświadczyliśmy zmysłowych skrajności – chłodu i gorąca. Wybraliśmy się na Nauthólsvík Geothermal Beach – to plaża nad oceanem, gdzie woda miała kilka stopni, ale paruje od geotermicznego źródła. Odważnie zanurzyliśmy się w niej nie tylko ciałem, ale i myślami. Następnie wygrzaliśmy się w saunie, by znów wbiec do zimnego oceanu.

W ten sposób zahartowaliśmy w nas to, co cenne, doznaliśmy oczyszczenia i przemiany. Wróciliśmy do tej samej codzienności, ale już inni – z nową perspektywą i nowym początkiem. To, co zamrożone, zaczęło się w nas topić, wiele spraw zmieniło swoje znaczenie, coś stało się lżejsze, a coś odzyskało sens. Próba ognia i lodu nauczyła nas, czym jest męska siła i gdzie zaczyna się prawdziwe życie.

Strona wykorzystuje pliki cookies
W celu świadczenia usług na najwyższym poziomie stosujemy pliki cookies, które będą zamieszczane w Państwa urządzeniu (komputerze, laptopie, smartfonie). W każdym momencie mogą Państwo dokonać zmiany ustawień Państwa przeglądarki internetowej i wyłączyć opcję zapisu plików cookies. Ze szczegółowymi informacjami dotyczącymi cookies na tej stronie można się zapoznać tutaj: polityka prywatności